Pod Lasie

Cześć!

Po kilku długich dniach, wróciłam z pięknej krainy wsi, krów, rzeczek i boćków. Musze się Wam przyznać, że takie jeżdżenie po świecie to mi się nawet zaczyna podobać. Podlasie, jak się okazało, to miejsce milusie i bardzo przyjemne. I faktycznie jest pod lasem! Mają tam naprawdę bardzo dużo lasów, szczególnie takich bardzo podobnych do mnie! Czarno-białe, ale takie bardzo wysokie i ślicznie szumiące na wietrze. Podobno, słyszałam kiedyś od kogoś, że te drzewa lubią jak się je przytula! Wtedy odwdzięczają się przytulającej osobie pozytywną energią. Spróbowałam! Muszę przyznać, że to było całkiem miłe, a humor nie popsuł mi się ani trochę. Tak naprawdę, to całe pod lasie to miejsce, w którym pandziowych rzeczy jest dużo, dużo więcej. I są krowy, takie śliczne, często czarno-białe i podobne do mnie, nawet w zachowaniu. Też lubią jeść dużo zieleniny, dużo leżeć i się przytulać. A te krowy to ja już znam ze swojej wsi! U nas taki Pan często przechodzi pod moim oknem w towarzystwie kilku z nich i prawdopodobnie rozmawia z nimi w ich języku! Naprawdę! Mówi coś, co brzmi mniej więcej tak: “Heeeej, no gdzie leziesz! Heeej!”. W tej krainie, moi podniebni kuzyni, o których już Wam pisałam, też są na każdym kroku, przez co czułam się bardzo bezpiecznie, bo przecież gdzie bociany są, tam  nie ma co się piorunów bać, ani w ogóle i wcale nie ma się czego bać.

Na Podlasiu bardzo śmiesznie ludzie mówią. Tak jakby trochę śpiewają. A ludzi spotykałam tam bardzo dużo. I wiecie co? Byli bardzo mili! I jak mi oni pomagali! Podróżowałam wszędzie autostopem. Poznałam grupkę lekarzy z Wrocławia, którzy pomogli mi zajrzeć na taki szlak otwartych okiennic. Och! Jakie tam były śliczne budynki! Domki drewniane, kolorowe z malowanymi okiennicami i ślicznymi, kwiecistymi ogródkami. Po prostu pięknie! I oni zawieźli mnie do miejscowości Kru-szy-nia-ny! Tak się nazywa. Strasznie śmiesznie. Tam widziałam taki kościółek, który był zielony i drewniany, a wokół niego i w środku oprowadzał taki wysoki Pan, który opowiadał zwiedzającym różne śmieszne żarty, a oni się śmiali! Ja nie wszystkie żarty dobrze rozumiałam i w ogóle nie rozumiałam wszystkiego, co mówił, ale wiem na pewno, że ten Pan był Tatarem i miał trochę inną wiarę i w ogóle był strasznie miły i sympatyczny, a kościółek był ładny. Potem zjadłam sobie obiad tatarski w restauracji obok. Bardzo smaczny był, chociaż bez frytek. 🙁

Noc spędziłam pod takim wzgórzem w środku lasu, gdzie były 3 znaki religijne. Taki krzyż, jak u mnie w domu. Taki krzyż, z taką poprzeczną belką i kamień, na którym był księżyc! Wiecie, taki, który jest jeszcze mały i cieniutki. Przez to wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu i muszę tam zostać na noc. I zostałam, mimo że bardzo bałam się wilków, dzików i innych strasznych stworzeń, które mieszkają w lesie.

Rano pojechałam do miejscowości Supraśl, ale cały czas mówiłam “superraśl”, bo tak było bardziej super. I tam jadłam takie ciasto z ziemniaków na słono. Smakowało jak placki ziemniaczane, ale jednocześnie było całkiem nie jak placki ziemniaczane. I widziałam tam też takie muzeum, w którym było dużo świętych obrazków, namalowanych bardzo dawno temu. Wiem, że malowanie ich było bardzo trudne i czasochłonne, dlatego dziwie się, że komuś tak bardzo chciało się malować, że ich tyle namalował. Potem noc spędziłam już bardzo daleko od tych miejsc, w których już byłam, bo w takiej wieży widokowej w Kru-sze-wie. Mieszkał tam Pan, co niczego się nie bał i, mimo burzy, spał w nocy na samym szczycie tej wieży. Ten Pan był baaardzo odważny.

Następnego dnia trochę się zgubiłam. Już mi się smutno zrobiło, bo padał deszcz i zimno mi było i nie mogłam znaleźć sklepu, żeby obiadek zjeść. Szybko przypomniałam sobie, że przecież jestem podróżniczką, mam jeszcze dużo siły, a wokoło mnie rosną same brzozy. Od razu poprawił mi się humor. W ten sposób trafiłam do “Narwiańskiego Parku Narodowego”, gdzie spotkałam najfajniejszą Panią na świecie! Ta Pani bardzo mi pomogła, bo zawiozła mnie do sklepu, zaproponowała nocleg na polu biwakowym, pokazała gdzie są autobusy, jak najłatwiej będzie mi chodzić i namówiła ludzi, żeby mnie zabrali do Białegostoku. Dała mi też kajak, żebym popływała i trochę owoców na przekąskę i w ogóle spędziła ze mną czas, co było strasznie miłe, bo przecież w pracy była. Ta Pani to była taka osoba, co tą moją podróż, swoją osobą jak kropkę nad literką “i” zrobiła. Strasznie fajnie.

I wróciłam następnego dnia do domu już.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *