Kijów

Cześć!

Jak już wam pisałam, leciałam samolotem po raz pierwszy. Jeszcze tego samego dnia, leciałam samolotem drugi raz. Ale po kolei. Tym pierwszym doleciałam do kraju w którym nie było naszych literek, ale ludzie mówią całkiem podobnie do nas. Miasto w którym byłam, to stolica tego kraju i nazywa się tak jak mówimy na te patyki których używamy do nart. Nie kijki, ale Kijów. W Kijowie byłam dosłownie kilka godzin i byłam bardzo zmęczona, więc za dużo nie zobaczyłam. Bardzo dziwne to było miasto, bo baaaardzo wysokie. Mnóstwo było wysokich budynków, wysokich pomników, wysokich drzew. Czułam się tam jeszcze mniejsza niż jestem. Przez te kilka chwil które tam byłam chciałam zobaczyć czy mają taki rynek jak u mnie w miasteczku obok. Jednak jak się dowiedziałam, żeby do niego się dostać, musiałam wsiąść w taki szybki podziemny pociąg do którego prowadziły najdłuższe ruchome schody jakie widziałam w całym moim życiu. Były dużo dużo dużo razy dłuższe niż te które widziałam na lotnisku. Takie długie że nie było widać końca. Strasznie fajne było to, że za pociąg płaci się zielonymi żetonami. A te pociągi to się nazywają metro i jeżdżą w całkowitej ciemności. Ciekawe skąd wiedzą gdzie mają jechać.

Kiedy dojechałam na miejsce, okazało się, że oni nie mają ryneczku, tylko strasznie wielki plac, tak duży jak wysokie mają budynki, pomniki i drzewa i tak długi jak długie mają schody do pociągu. Majdan, tak na ten rynek mówią. Na placu był bardzo bardzo wysoki pomnik.

Pospacerowałam trochę po okolicy, zrobiłam kilka zdjęć, zjadłam zimną zupę “Okroshke” która była bardzo smaczna i postanowiłam wracać na lotnisko, bo przecież już za chwilę miałam lecieć dalej! Po drodze jednak zauważyłam pewną czarno-białą postać. Wielką pandę! Szybciutko do niej podbiegłam i chciałam się przywitać! Wiecie co się okazało? To był człowiek. I bardzo dziwnie pachniał i nie był miły wcale.

Szybciutko uciekłam do metra, a potem do autobusu w którym zasnęłam w drodze na lotnisko, bo byłam bardzo zmęczona.

Do zobaczenia!

 

Latac każdy może…

 

Cześć!

Muszę się wam pochwalić!

Będę leciała bardzo daleko i być może bardzo wysoko. Może nawet dolece na księżyc. Dziś, tak naprawdę pierwszy raz leciałam. Nie spałam prawie całą noc, bo wiem, że przecież Pandy nie latają. Na pewno nie takie jak ja. Jestem za mała, nie mam skrzydełek i jestem trochę zbyt okrągła żeby tak lecieć, jak moi pandziowi kuzyni. Na lotnisku byłam bardzo wcześnie, albo bardzo późno, bo  na dworze jeszcze było ciemno, ale też już robiło się jasno.

Na miejscu kilka osób sprawdziło na zdjęciu czy ja to ja. Tacy panowie w zielonych ubraniach przyjrzeli się co mam w moim plecaczku, wysłałam swój bagaż do bagażnika i wsiadłam do brzucha takiego wielkieeeego ptaka. Kilka chwil później zaczynaliśmy wzbijać się w powietrze! Jejku, wtedy to już się bardzo źle czułam. Tak mnie wgniotło w fotel, że podnieść się nie mogłam żeby zobaczyć co się dzieje za oknem. Zakręciło mi się w głowie. W brzuszku zaczęło mi śmiesznie podskakiwać i w ogóle było jakoś dziwnie. Ale wiecie co? Okazało się, że to tylko chwilowe! Byłam głupiutka, że się bałam i tak długo w nocy nie spałam. I wiecie co jeszcze? W chmurach słońce wchodzi wcześniej! Naprawdę! Strasznie się cieszę, bo dzisiaj lecę raz jeszcze!

Pod Lasie

Cześć!

Po kilku długich dniach, wróciłam z pięknej krainy wsi, krów, rzeczek i boćków. Musze się Wam przyznać, że takie jeżdżenie po świecie to mi się nawet zaczyna podobać. Podlasie, jak się okazało, to miejsce milusie i bardzo przyjemne. I faktycznie jest pod lasem! Mają tam naprawdę bardzo dużo lasów, szczególnie takich bardzo podobnych do mnie! Czarno-białe, ale takie bardzo wysokie i ślicznie szumiące na wietrze. Podobno, słyszałam kiedyś od kogoś, że te drzewa lubią jak się je przytula! Wtedy odwdzięczają się przytulającej osobie pozytywną energią. Spróbowałam! Muszę przyznać, że to było całkiem miłe, a humor nie popsuł mi się ani trochę. Tak naprawdę, to całe pod lasie to miejsce, w którym pandziowych rzeczy jest dużo, dużo więcej. I są krowy, takie śliczne, często czarno-białe i podobne do mnie, nawet w zachowaniu. Też lubią jeść dużo zieleniny, dużo leżeć i się przytulać. A te krowy to ja już znam ze swojej wsi! U nas taki Pan często przechodzi pod moim oknem w towarzystwie kilku z nich i prawdopodobnie rozmawia z nimi w ich języku! Naprawdę! Mówi coś, co brzmi mniej więcej tak: “Heeeej, no gdzie leziesz! Heeej!”. W tej krainie, moi podniebni kuzyni, o których już Wam pisałam, też są na każdym kroku, przez co czułam się bardzo bezpiecznie, bo przecież gdzie bociany są, tam  nie ma co się piorunów bać, ani w ogóle i wcale nie ma się czego bać.

Na Podlasiu bardzo śmiesznie ludzie mówią. Tak jakby trochę śpiewają. A ludzi spotykałam tam bardzo dużo. I wiecie co? Byli bardzo mili! I jak mi oni pomagali! Podróżowałam wszędzie autostopem. Poznałam grupkę lekarzy z Wrocławia, którzy pomogli mi zajrzeć na taki szlak otwartych okiennic. Och! Jakie tam były śliczne budynki! Domki drewniane, kolorowe z malowanymi okiennicami i ślicznymi, kwiecistymi ogródkami. Po prostu pięknie! I oni zawieźli mnie do miejscowości Kru-szy-nia-ny! Tak się nazywa. Strasznie śmiesznie. Tam widziałam taki kościółek, który był zielony i drewniany, a wokół niego i w środku oprowadzał taki wysoki Pan, który opowiadał zwiedzającym różne śmieszne żarty, a oni się śmiali! Ja nie wszystkie żarty dobrze rozumiałam i w ogóle nie rozumiałam wszystkiego, co mówił, ale wiem na pewno, że ten Pan był Tatarem i miał trochę inną wiarę i w ogóle był strasznie miły i sympatyczny, a kościółek był ładny. Potem zjadłam sobie obiad tatarski w restauracji obok. Bardzo smaczny był, chociaż bez frytek. 🙁

Noc spędziłam pod takim wzgórzem w środku lasu, gdzie były 3 znaki religijne. Taki krzyż, jak u mnie w domu. Taki krzyż, z taką poprzeczną belką i kamień, na którym był księżyc! Wiecie, taki, który jest jeszcze mały i cieniutki. Przez to wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu i muszę tam zostać na noc. I zostałam, mimo że bardzo bałam się wilków, dzików i innych strasznych stworzeń, które mieszkają w lesie.

Rano pojechałam do miejscowości Supraśl, ale cały czas mówiłam “superraśl”, bo tak było bardziej super. I tam jadłam takie ciasto z ziemniaków na słono. Smakowało jak placki ziemniaczane, ale jednocześnie było całkiem nie jak placki ziemniaczane. I widziałam tam też takie muzeum, w którym było dużo świętych obrazków, namalowanych bardzo dawno temu. Wiem, że malowanie ich było bardzo trudne i czasochłonne, dlatego dziwie się, że komuś tak bardzo chciało się malować, że ich tyle namalował. Potem noc spędziłam już bardzo daleko od tych miejsc, w których już byłam, bo w takiej wieży widokowej w Kru-sze-wie. Mieszkał tam Pan, co niczego się nie bał i, mimo burzy, spał w nocy na samym szczycie tej wieży. Ten Pan był baaardzo odważny.

Następnego dnia trochę się zgubiłam. Już mi się smutno zrobiło, bo padał deszcz i zimno mi było i nie mogłam znaleźć sklepu, żeby obiadek zjeść. Szybko przypomniałam sobie, że przecież jestem podróżniczką, mam jeszcze dużo siły, a wokoło mnie rosną same brzozy. Od razu poprawił mi się humor. W ten sposób trafiłam do “Narwiańskiego Parku Narodowego”, gdzie spotkałam najfajniejszą Panią na świecie! Ta Pani bardzo mi pomogła, bo zawiozła mnie do sklepu, zaproponowała nocleg na polu biwakowym, pokazała gdzie są autobusy, jak najłatwiej będzie mi chodzić i namówiła ludzi, żeby mnie zabrali do Białegostoku. Dała mi też kajak, żebym popływała i trochę owoców na przekąskę i w ogóle spędziła ze mną czas, co było strasznie miłe, bo przecież w pracy była. Ta Pani to była taka osoba, co tą moją podróż, swoją osobą jak kropkę nad literką “i” zrobiła. Strasznie fajnie.

I wróciłam następnego dnia do domu już.

 

 

 

Latająca panda

Mieszkam na wsi. To fakt z mojego życia, który w opisie mojej osoby mógł się nie pojawić. To nie jest zwykła wieś. Mamy tu domek, stodołę i podwórko. I mamy kury. Biegają sobie po podwórku, zajadają się różnymi smakołykami, wysiadują jajka, a jedna z nich bardzo głośno krzyczy, co czasem podrywa mnie z łóżeczka i budzi mnie z moich licznych drzemek w ciągu dnia. Ale czemu nasza wieś jest taka wyjątkowa? Już tłumaczę.

Otóż pewnego razu, gdy byłam świeżo po kąpieli i spokojnie sobie dyndałam na wietrze, w celu wysuszenia mojego ślicznego futerka, zobaczyłam coś, co mnie bardzo zaskoczyło! Otóż, bardzo wysoko nad moją głową, zauważyłam postać bardzo podobną do mnie! Była tylko trochę większa i chudsza! Też była czarno-biała, miała dłuuugie nogi i piękne czarne oczy. Tylko nie miała łóżka i siedziała w gnieździe, co od razu podpowiedziało mi, że pewnie jest to ptak! Ale jaki piękny! Całkiem tak, jak ja! I chyba trochę młodszy, bo ja to już na przykład chodzę sama, a on się nigdzie nie ruszał, cierpliwie czekał na swoją mamę i od czasu do czasu śmiesznie podskakiwał, jakby chciał latać. A mama, jak to mama, przynosiła mu jedzenie, które, jak zauważyłam, wyciągała sobie z ust, co było trochę ble. Moja mama tak nie robi. My to sobie czasami pijemy herbatkę na niby i mi to wystarcza. Trochę to dziwne było spotkanie, ale wiem, że podczas mojej najbliższej podróży mogę spotkać również inne, dziwnie zachowujące się kuzynki. Miło było poznać swojego pandziowego kuzyna ze skrzydłami. I to tak podobnego!